Nie spodziewałem się, że Toyota tym razem naprawdę się spieszy.

Kiedyś, na wspomnienie Corolli, do głowy przychodziły zawsze takie słowa jak: samochód na zakupy, auto do przewozów na aplikację, przeciętny, nudny. Była jak miska białego ryżu – nie umrzesz z głodu, ale nie oczekuj, że znajdziesz w niej jakiś smak.

Ale gdy w tych dniach zobaczyłem zdjęcia nowej koncepcyjnej Corolli na salonie w Tokio, Nianhan zaczął wątpić w siebie – czy to naprawdę ta sama Toyota, która tylko grzecznie egzystuje?

To auto zostało stworzone przez europejskie centrum projektowe Toyoty we Francji. To wszystko wyjaśnia – Francuzi od zawsze tworzą samochody z głową w chmurach, a te dziwaczne projekty Citroëna są na to twardym dowodem.

Ten koncept dosłownie połączył przednią szybę, dach i tylną szybę w jedną całość.

Na zdjęciach wygląda to przejrzyście i bardzo futurystycznie, ale moja pierwsza myśl była taka: czy w upalne lato w Guangdongu albo w Chongqingu, zwanym „piekarnikiem”, ludzie w środku nie zostaną upieczeni jak słodkie ziemniaki? Nawet klimatyzacja na maksa pewnie nie da rady powstrzymać tego słońca nad głową.

A ten słupek A – zaprojektowany cieńszy niż mój mały palec, rzekomo dla lepszej widoczności. Widoczność na pewno się poprawi, ale chciałbym zapytać: czy w testach zderzeniowych to wytrzyma?

W wersji produkcyjnej, aby spełnić przepisy bezpieczeństwa, ten cienki słupek A najprawdopodobniej wróci do swojego masywnego, topornawego wyglądu.

Za to słupek B jest gruby aż niemożliwie – ten kontrast naprawdę przełamał kilkudziesięcioletnie zasady Toyoty.

Najciekawszy jest tył auta. Dwupoziomowy design tylnej części wygląda, jakby oddawał hołd niektórym starym francuskim autom, albo jakby dwa samochody nałożono na siebie.

Taki design na koncepcie to sztuka, ale na aucie produkcyjnym to koszmar blacharza. Gdyby ktoś obtarł tylny zderzak, koszt naprawy pewnie wystarczyłby na pół obecnej Corolli.

Po otwarciu drzwi wnętrze jest jeszcze bardziej rewolucyjne. W końcu zniknął ten wielki jak nagrobek ekran na konsoli centralnej. Toyota tym razem poszła odwrotną drogą – zrezygnowała z ekranu centralnego i wróciła do fizycznych przycisków.

Widząc to, o mało nie zacząłem bić brawo Toyocie. Obecne nowe marki chciałyby nawet przycisk spłuczki w toalecie zintegrować z ekranem – obsługiwanie na ślepo podczas jazdy to istne igranie ze śmiercią.

Ten powrót Toyoty, choć może nie wygląda zbyt technologicznie, to z pewnością projekt rozumiejący jazdę i życie.

Ale nie cieszcie się za wcześnie – połączyli zestaw wskaźników z kierownicą w jedną całość. Tego już nie rozumiem. Kierownica się obraca, a ekran razem z nią? To jak mam patrzeć na prędkość w zakręcie – przekrzywiać szyję? A może ekran jest nieruchomy, a obraca się tylko sam wieniec?

Taki design jest częsty w samochodach wyścigowych, ale w aucie cywilnym, poza popisem technologicznym, jego praktyczność naprawdę budzi wątpliwości. Za to przed pasażerem jest ekran – wygląda na to, że żona i dzieci siedzące z przodu będą miały co robić i nie będą już wymachiwać palcami w stronę kierowcy.

Zagłówki foteli mogą się obracać i przekształcać – to brzmi efektownie. Mówi się, że ma to pokazać nowe materiały i dużą przestrzeń, ale ja zawsze uważam, że auto służy do jazdy, a takie transformacyjne funkcje jak w Transformersach, poza zwiększaniem awaryjności, naprawdę nie mają zbyt wiele praktycznego zastosowania.

Jeśli chodzi o napęd, Toyota pozostaje Toyotą – uparcie stawia na hybrydy. Nowe auto ma używać nowych silników 1.5L i 2.0L czterocylindrowych. Podobno te jednostki mają bardzo wysoką sprawność cieplną i są niewielkie, właśnie po to, by współpracować z systemem hybrydowym.

To słuszna droga – obecnie lęk o zasięg w czystych elektrykach nie został jeszcze całkowicie rozwiązany, a wydajna hybryda wciąż jest królową wśród aut rodzinnych.

Jeśli chodzi o wersję w pełni elektryczną, na pewno powstanie, ale uważam, że dusza Corolli tkwi w hybrydzie. Niskie spalanie, wytrzymałość, brak zostawiania cię na poboczu – to właśnie powinna robić Corolla.

Jest też wieść, że wersja GR jest w przygotowaniu. To dobra wiadomość. Obecne GR Yaris i GR Corolla już dowiodły, że Toyota nie bawi się w performance na żarty.

Gdyby tę agresywną stylistykę połączyć z napędem na cztery koła i mocą od GR, ta miska białego ryżu zamieniłaby się w pikantny gorący garnek.

Ten koncept ma trafić do produkcji około 2026 lub 2027 roku. Zgodnie z utartą praktyką Toyoty, wersja produkcyjna na pewno będzie mocno okrojona.

Te szklane dachy, ultracienkie słupki A, obrotowe fotele – najprawdopodobniej znikną. Ale nawet jeśli uda się zachować pięćdziesiąt–sześćdziesiąt procent, ta generacja Corolli będzie jak nowo narodzona.

Obecny rynek motoryzacyjny jest zbyt konkurencyjny – BYD Qin PLUS zszedł już do 79 800, a jeśli Toyota nadal będzie trzymać się starych schematów i żyć z logo oraz wartości rezydualnej, prędzej czy później trafi na śmietnik historii.

Ten koncept, czy to szczery wyraz intencji, czy tylko pozorowany ruch, przynajmniej dowodzi, że Toyota nie chce biernie czekać na koniec.

Czy się uda – to zależy od tego, czy przy produkcji seryjnej Toyota odważy się zachować ten francuski szaleńczy pierwiastek, a nie znów stworzy nudną wersję specjalną na aplikacje – to dopiero byłby powód do śmiechu.